poniedziałek, 13 maja 2013

Karpaty Marmaroskie (Muntii Maramuresului) – smak wolności (Rumunia 2013, część I)


    Są owiane legendą niedostępności i tajemniczości, dzikie i w większości nieskażone cywilizacją. Karpaty Marmaroskie to synonim swobody, gdzie można poczuć się naprawdę wolnym. Brak znakowanych szlaków na większości obszaru, często również ścieżek, jest czymś wyjątkowo przyciągającym i dającym niezależność, jednak dla mało doświadczonego górskiego piechura może okazać się nierozwiązywalną zagadką. W górach innych niż wszystkie, w których mieliśmy okazję być,  gdzie ruch turystyczny w zasadzie nie istnieje, łatwo o przygody. Było ich sporo, zapamiętamy je na zawsze...    



 
Znów na wschód

       Przełom kwietnia i maja to dla Polaków czas szczególny, czas dłuuugiego weekendu. W obecnym roku kalendarz naszemu narodowi wyjątkowo sprzyjał, ofiarując aż 9 dni laby kosztem tylko 3 dni urlopowych w pracy. Grzechem byłoby nie skorzystać z tak sprzyjającego wyjazdom układu! Kolejny raz naszą majówkę spędzać będziemy za wschodnią granicą naszego kraju, co powoli staje się naszą małą tradycją. Tym razem jednak, wschodnia sąsiadka Polski – Ukraina, będzie tylko krajem tranzytowym, a za główny cel wojaży obraliśmy rumuńską część Karpat Marmaroskich.  Ruszamy, ahoj przygodo! :)

Góry Marmaroskie są rozległą grupą górską o powierzchni 2000 km2 położoną w środkowej części Karpat Wschodnich na pograniczu Ukrainy i Rumunii. Obszar ten sąsiaduje z rozległymi, wysokogórskimi pasmami: od północy z najwyżej wzniesionym pasmem fliszowym w Karpatach – Czarnohorą (Howerla, 2061 m n.p.m.), a na południu – z najwyższym pasmem górskim Karpat Wschodnich: Górami Rodniańskimi (Pietrosul, 2305 m n.p.m.), które mieliśmy okazję odwiedzić w lipcu 2011 r. (relacja już niebawem :) ). Ze względu na przedzielenie pasma granicą, część ukraińska Gór Marmaroskich tym razem nie zostanie przez nas przedreptana. Szkoda, że ze względów politycznych sztucznie wytworzonych przez człowieka, nie można cieszyć się w pełni urokiem gór. Jednak nie ma tego złego…

Podróż na wschód jest nam już bardzo dobrze znana. Trasę Rzeszów – Przemyśl – Medyka – Lwów pokonywaliśmy wielokrotnie i nie jest już dla nas czymś niezwykłym. Na odnotowanie zasługują dwie sprawy: wkroczenie „cywilizacji” na przejściu granicznym w Medyce  - osobne drogi i stanowiska odpraw dla obywateli UE i reszty państw, oraz wyremontowana, „europejska” droga do Lwowa, dzięki czemu podróż do dawnej stolicy Galicji jest komfortowa i znacznie się skróciła. We Lwowie spotykamy się z Basią w piątkowy wieczór i całą trójką, ok. godz. 20 udajemy się na peron, z którego odjeżdża pociąg do Solotvino. W plackartnyjm tradycyjnie jest zbyt ciepło, ale wszelkie niedogodności rekompensują chłodne piwa i pierogi ze szpinakiem. Wcinanie domowych pierogów (zawsze ze szpinakiem) na rozpoczęcie wyprawy jest naszą "plackartnyjową" tradycją, póki co niezłomną! Zawrotna szybkość, jaką osiągają ukraińskie pociągi sprawia, że 447 km pokonujemy w 13 h i kwadrans po 9 jesteśmy w Solotvino, które swoją nazwę zawdzięcza kopalni soli. Właśnie dzięki soli, ta mieścina przy granicy z Rumunią, jest uzdrowiskiem ze zbiornikami leczniczych wód, nazwanych na mapach Google’a jako Salt Lake :). My jednak nie będziemy korzystać z kąpieli i szybkim krokiem udajemy się w kierunku przejścia granicznego. Obydwa kraje w tym miejscu oddziela Cisa, jedna z większych rzek w tej części Europy, u źródeł której biwakowaliśmy w zeszłym roku w Gorganach, a teraz jej wartkie wody pokonujemy po żelaznym moście. Ekspresowe odprawy i w zasadzie brak ruchu na przejściu granicznym sprawiają, że po kwadransie jesteśmy już w Rumunii, w Syghecie Marmaroskim. W tym 35 tys. miasteczku meldujemy się na posterunku straży granicznej przy Strada Dragos Voda i zgłaszamy chęć uzyskania pozwolenia na poruszanie w pasie granicznym. Pan strażnik ledwo ledwo potrafił powtórzyć do słuchawki nasze imiona i nazwiska, po czym inny, chyba wyższy rangą, całkiem niezłą angielszczyzną kategorycznie zabronił nam przechodzić na stronę ukraińską. Uzyskawszy błogosławieństwo od strażników, udajemy się w pobliże drogi wylotowej, gdzie po kilku minutach udaje nam się złapać busa prosto do Borsy. Komfortowy mercedes z miłym tubylcami i kierowcami - mistrzami kawalarstwa, podwozi nas krajową 18-stką do Borsy, miasta wypadowego na najwyższy szczyt Karpat Rodniańskich. Szybko wsuwamy lody, bo za chwilę (o 14) odjeżdża nasz kolejny bus, na szczęście już do miejsca, skąd wyruszymy z plecakami w górę – do Baia Borsa. 

W parku przed dworcem we Lwowie z Basią sobie rozmawiamy
Lvivskie i pierogi w plackartnyjm - jakże mogłoby być inaczej!
Stacja Solotvino, stacja Solotvino!

Przekraczamy granicę żelaznym mostem na Cisie

W Syghecie Marmaroskim

W Borsy na tle Pietrosula Rodniańskiego


.
6 km dalej na północ, gdy nasz bus dojechał do końca swojego kursu, naszym oczom ukazuje się smutny widok nieco zrujnowanego i zaniedbanego osiedla, powstałego w czasach słusznie minionej epoki komunizmu, kiedy to w kopalniach miedzi, cynku i ołowiu na stokach Toroiagi (1930 m n.p.m.) wydobywano najwięcej. Tradycje górnicze w tym rejonie sięgają II poł. XVIII w., kiedy sprowadzono tu górników z Bawarii i Austrii. W całym masywie, eksploatowano łącznie aż 8 złóż, a wzdłuż potoku Tasla zlokalizowano zbiorniki flotacyjne, w których gromadzono odpady powstałe podczas oczyszczania i wzbogacania wydobytych rud, czyniąc to miejsce skażonym. Innym skutkiem działalności górniczej był zanik wód gruntowych, przez co na stokach Toroiagi pasterstwo było utrudnione. W poł. lat 90-tych wydobycie stało się nieopłacalne, większość szybów zamknięto, a dziś, po działalności górniczej pozostał tylko przygnębiający krajobraz i zdewastowane środowisko.

Osiedle pogórnicze w Baia Borsa


>
Toroiaga na dobry początek

     Wreszcie, po 26 h podróży, zarzucamy plecaki i rozpoczynamy wędrówkę. Naszym pierwszym celem jest rozległy, z góry przypominający trójramienną gwiazdę masyw Toroiagi (1930 m n.p.m.), trzeciego najwyższego szczytu w Górach Marmaroskich. Idąc główną ulicą osiedla czujemy się jak obserwowane z każdej strony zwierzęta w zoo. I nie ma się co dziwić, tubylcy raczej nie są przyzwyczajeni do oglądania turystów z wielkimi plecakami na plecach. Powyżej zabudowań, podążamy ścieżką, która przechodzi przez grodzone pastwiska. Owiec jeszcze nie ma i jest pusto, ale mimo to jeden z owczarków pilnujących zagrody podnosi nam dość wysoko poziom adrenaliny. Po doświadczeniach z Gór Rodniańskim wiemy, że trzeba na nie uważać, jednak ten jest nad wyraz agresywny i odważył się nawet złapać szczękami jeden z moich kijków, którymi się bronię. Na szczęście po chwili daje sobie spokój i możemy iść dalej. Mocne otwarcie, co będzie dalej aż strach pomyśleć! Wraz z nabieraniem wysokości coraz lepiej widać z południowej strony całe pasmo Karpat Rodniańskich, które wydają się być na wyciągnięcie ręki. Na ich północnych stokach widzimy jeszcze sporo śniegu, na szczęście w masywie Toroiagi jest go już niewiele. Grzbiet, którym zdecydowaliśmy się wchodzić jest rozległy, pokonujemy kilka kulminacji – Stana Iul Varatic, Murgu, by ok. godz. 19, w silnym, zrywającym czapkę z głowy wietrze, podziwiać zachodzące Słońce z najwyższego wierzchołka trójramiennej Toroiagi, nazywanej przez nas Babajagą :)

Droga przez osiedle

Widoka na pasmo Karpat Rodniańskich ze stoków Toroiagi

W tle Pietrosul a w dole zabudowania Borsy

Osiedle górnicze Baia Borsa widziane z góry

Baśki

Droga do jednej z kopalń w masywie Toroiagi


Wierzchołek Toroiagi...

...i dziewczyny suszące zęby z radości jego osiągnięcia :)



Czas schodzić na dół i poszukać dogodnego miejsca na pierwszy nocleg. Północny stok daje nam się nieco we znaki ze względu na zapadający śnieg i sporą stromiznę. Baśka zalicza nawet efektownego fikołka. Gdy dochodzimy na przełęcz, zrzucamy plecaki i wszyscy zaczynamy szukać źródełka, które wg mapy powinno być niedaleko. Niestety, płaty śniegu i zapadający zmrok udaremniają poszukiwania i wodę do gotowania oraz picia musimy topić ze śniegu. Na zakończenie dnia coraz silniej wieje i zaczyna kropić deszcz…

Błądzenie kontrolowane i spacer wzdłuż Mocanity
 
      Już drugiego dnia pogoda zmusiła nas do zmiany planów. Padający deszcz i niemal całkowicie spowite chmurami okoliczne szczyty, sprawiły, że wyruszamy dość późno i zamiast w kierunku północnym na wierzchołki Tiganu i Mihoala by dalej udać się na masyw Creasta Faget, schodzimy wschodnim skłonem do doliny potoku Miraj, który doprowadzi nas do Doliny Vaseru. Chcemy uniknąć trudnych sytuacji, gdy orientacja w terenie będzie uniemożliwiona przez brak widoczności. Idziemy „na azymut”, wspomagając się odczytem z GPSa, mapą i topografią terenu. Ścieżki brak. Dwójka geografów + chemik w swoim naturalnym środowisku. Jakież to genialne uczucie nie być ograniczonym przez często uczęszczane znakowane szlaki, które decydują za mnie co chcę widzieć i gdzie dojść. Po to właśnie tutaj jestem, żeby doświadczyć wolności w poruszaniu się gdzie chcę i jak chcę. Sam na sam z naturą, którą nie muszę się dzielić z tysiącami przypadkowo spotkanych turystów. Oddycham pełną piersią, nasłuchuję śpiewu ptaków i szumu drzew. Totalnie resetuję swój umysł. Chwilo trwaj jak najdłużej…

Wstaje dzień


Góry parują

Schodzimy gdzie chcemy! :)


.
Najpierw przechodzimy przez rozległą połoninę, później las, coraz to gęstszy i gęstszy. Robi się coraz ciemniej, trochę tajemniczo, przedzieramy się przez bogate podszycie. Nagle, na ściółce Basiula odnajduje pierwsze duże ślady. Zgodnie stwierdzamy, że mogą to być odciski łapy niedźwiedzia. Trop mniej więcej pokrywa się z naszą trasą i migiem zmieniamy kierunek marszruty o 90 stopni, nie chcąc wejść misiowi w paradę. Gdy docieramy do potoku Miraj, mamy małe problemy ze znalezieniem dogodnego miejsca aby przejść na drugą jego stronę, z względu na wartki nurt. Każdy z nas próbuje na swój sposób, dziewczyny przechodzą w miarę suchą stopą, mi ta sztuka się nie udaje i lewą nogą wpadam po łydkę do wody… Mam pecha, ale to przez moje lenistwo, nie chciało mi się wyciągać sandałów z plecaka, a teraz będę w nich musiał chodzić do końca dnia.W dolinie potoku Miraj prowadzona jest intensywna wycinka drzew. Kiedyś była tutaj doprowadzona kolejka wąskotorowa, z czasem wyparta przez wielkie pojazdy na gumowych kołach. Po rozjeżdżonej, błotnistej drodze ciężko się idzie. Nawet nie zorientowałem się kiedy nad naszymi głowami się rozpogodziło.

Geologiczne skarby w rękach


Dolina Miraj


>
Po dość długim marszu wzdłuż Miraj, wreszcie docieramy do legendarnej Doliny Vaseru. I znów mamy ten sam problem, ale tym razem większego kalibru – wezbrane koryto Vaseru jest nie do przejścia. Małą nadzieję na osiągnięcie drugiego brzegu daje zrujnowany most starej kolejki, jednak po bliższych oględzinach nie decydujemy się na tak ekstremalne kroki. Głowimy się, szukamy dogodnego miejsca dłuższą chwilę, aż w końcu decydujemy się pójść w górę potoku. Uf, zagadka rozwiązała się sama, po ok. 300 metrach dostrzegamy niewielką tamę na rzece, przez którą prowadzi drewniany mostek. Gdy przechodzimy suchą stopą na drugi brzeg, wreszcie możemy zobaczyć szyny słynnej kolejki wąskotorowej nazywanej Mocanita (od słowa mocan co z rumuńskiego oznacza człowiek żyjący w górach). Niestety, od ludzi mieszkających w pobliskim domku (jeden z nich zdradził, że pracuje w Niemczech z Polakami i pochwalił się znajomością kilku polskich słów, a pierwszym które wymienił to k*rwa) dowiadujemy się, że w niedzielę kolejka nie kursuje i nie będziemy mieć okazji jej zobaczyć. Mocanita to ostatnia kolejka w Karpatach służąca do zwózki drewna. Powstała w latach 1932-35, a od 2004 r. zabiera do swoich wagonów na przejażdżkę również turystów, stając się lokalną atrakcją. Kolejka obsługiwana jest przez ciuchcie parowe, wśród których możemy znaleźć takie perełki jak 764-211 Mariuta, zbudowaną w 1910 r., czy 763-193 Krauss z 1924 r. Pozostałe 5 parowozów pochodzi z lat 50’ XX w. Na torach oprócz parowozów można spotkać przedziwne drezyny powstałe na bazie samochodów osobowych, vanów czy też ciężarówek. Mocanita dla turystów kursuje z Viseu de Sus do połowy całej trasy, do stacji Paltin, 21 km w głąb doliny. Przejażdżka kolejką jest na pewno niesamowitym przeżyciem, które my musimy odłożyć w czasie.
Po krótkim „obiedzie” w pobliżu stacji Miraj, udajemy się w dół doliny, wzdłuż torów Mocanity. Do przebycia mamy ok. 9 km do stacji Botizu, gdzie chcemy odbić do doliny o tej samej nazwie. Jest dość upalnie, rozgrzany smar przykleja obuwie do drewnianych belek. Mijamy wiele stacji, wśród których niektóre pełnią rolę małych ośrodków wypoczynkowych.

Zdezelowany mostek na Vaserze

Tama na Vaserze, wreszcie udaje się przejść na drugą stronę

Obiad na torach

"Czy tędy nie jechała..."

Maszynistki

Turystyczny kompleks Faina

"A gdyby tak przełożyć zwrotnicę?"

Czekając na Mocanitę




>
Wędrówka wzdłuż torów, z początku ekscytująca, wraz z upływem czasu coraz bardziej nas nuży. Idziemy i idziemy, mijamy kolejne stacje i końca wciąż nie widać. Gdy do głębokiej Doliny Vaseru promienie słoneczne już nie dochodzą i zaczyna robić się szaro, docieramy na miejsce. Wylot Doliny Botizu nie daje zbyt wielu możliwości na rozbicie namiotu, musimy się trochę cofnąć. Ostatecznie rozbijamy nasze namioty 1 m od torów, na płaskim skrawku trawy pomiędzy ścianą doliny a rzeką Vaser. Jest się gdzie umyć, a źródełko wody pitnej znajduje się w odległości 100 m od namiotów. Rozpalamy ognisko, gotujemy, jest cicho i spokojnie, Dolina Vaseru jest tylko dla nas. Kładę się z nadzieją, że wcześnie rano obok naszych namiotów przejedzie Mocanita i będę mógł ją sfotografować. Huczące wody Vaseru skutecznie usypiają, pełna regeneracja wskazana. Jeszcze nie wiemy, że następnego dnia podczas błądzenia nie do końca kontrolowanego, przydadzą się spore pokłady energii, tej fizycznej jak i psychicznej…

5 komentarzy:

  1. ciekawa wycieczka, macie więcej zdjęc okolic kopalni a może nawet wnętrza? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A co? GTW chciałbyś tam wyciągnąć :P? Z wnętrza nie mamy, reszty poszukamy ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po iluś tam miesiącach znów zajrzałem na wasz blog, zdjęcia - coraz ciekawsze i piękniejsze,kierunki wypraw i miejsca oraz ich opisy - zaskakujące i ta Wasza Pasja - coś najcenniejszego. Podróżować z wami to prawdziwa przyjemność. Karpaty Marmaroskie - czy ktoś w ogóle przed wami tam jeździł?, super!

    pozdrawiam Wojtek W.
    to mój 2gi komentarz - nie wiem jak się wcześniej logowałem (ech te loga)
    szukam inspiracji - wasza strona taką jest. Sam nie bloguję (uwaga-praca) - ale na legimi.pl jest mój e-book krym.; natomiast wersja papier - jest for friends only. Z przyjemnością zaglądnę do Was - ciekawe dokąd znów wyruszycie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wojtku, z rumieńcami na twarzy czytamy Twoje komentarze, dzięki za miłe słowa :) Zapraszamy częściej!

      A jak postępy w Twojej książce, o której kiedyś pisałeś, można ją gdzieś już dostać?

      Usuń
  4. Rewelacyjna fotorelacja. Widać, że musieliście świetnie się bawić :)

    OdpowiedzUsuń

*Autorzy bloga zastrzegają sobie prawo do usuwania komentarzy, które w ich opinii uznane zostaną za wulgarne, obraźliwe i niezgodne z prawdą.