piątek, 24 maja 2013

Z plecakiem wśród marmaroskich zwierząt (Rumunia 2013, część II)

     Góry urzekają nie tylko pięknymi krajobrazami rozległych polan, hal, przełęczy, ostrych grzbietów, stromych przepaści czy rwących potoków. To nie tylko magiczne wschody i zachody słońca. Urzeka w nich życie - tętniące, dzikie, wolne. Tak jak odwiedzając obcy kraj poznajemy jego ludność i kulturę, w górach gości nas ziemia lokalnego królestwa zwierząt. Jesteśmy zdani na ich wyrozumiałość i cierpliwość.
Zastanówcie się, co byście wybrali? Towarzystwo niedźwiedzi, nocne skrzeczenie i gulgotanie przy namiocie czy węża pod nogami? My nie mieliśmy tego typu dylematów… Dostaliśmy wszystko!







29-30 kwietnia 2013

Futro, skóra czy pióra?

     Świetne spanie zaoferował nam kawałek trawy pomiędzy wodami huczącego Vaseru a torami Mocanity pod skalistą ścianą Spaima. Pomimo, że jesteśmy w cieniu i słoneczko nie powiedziało nam dzień dobry, dobrej energii nie brakuje! Dzisiaj chcemy odwiedzić Pana Pietrosa Budyjowskiego (Vf. Pietrosu Bardăului, 1850 m n.p.m.). Rezygnujemy z trasy znakowanej czerwono-białymi prostokątami (byłaby to nasza pierwsza na tym wyjeździe wędrówka szlakiem!) i skręcamy w drogę biegnącą wzdłuż potoku Valea Botizu, aby potem podejść Piotra bardziej od wschodu. Na początek dostajemy małą dawkę adrenalinki – przejście nad rwącym potokiem po pniu drzewa. Spokojnie, pień jest suchy i szeroki, nawet można do zdjęcia pozować. Chwilę potem potok robi nam psikusa i znowu przecina drogę. Tym razem dostajemy nieco większy zastrzyk epinefryny – na drugą stronę, tuż nad pędzącą wodą zaprasza pojedynczy, wilgotny pień. Głęboki wdech, prosta sylwetka, znak określający przynależność religijną i… start, pierwszy krok, drugi… uff… kolejny… od patrzenia na pędzącą wodę kręci mi się w głowie… jeszcze kilka kroków… uff… meta! Moje kolana tańczą twista. Dobrze, że dopiero na drugiej stronie zachciało im się tego typu ruchów. Basi zaczęły już na pniu, ale i tak jak na wysportowaną dziewczynę przystało, dziarsko pokonuje przeszkodę. Mateusz mocno wentylując płuca głębokimi oddechami, również przechodzi suchą nogą. Pień numer dwa pokonany. A mówią, że do trzech razy sztuka. Oby nie! Kolejny fragment drogi, niezbyt urokliwy, pokonujemy grzęznąc w błotnistych koleinach, które zgotowali nam drwale. W końcu docieramy do szałasu, gdzie chcemy odbić na zachód w las, w kierunku zboczy Pietrosa. Podobno ma tu być ścieżka. Może i jest, ale cóż z tego skoro dostępu do niej bronią spienione wody Valea Botizu. Walka z potokami zaczyna być charakterystyczna dla tego wyjazdu. Ponieważ nie ma możliwości przebrnięcia przez masy wody, zaczynamy wędrówkę wzdłuż potoku szukając jakiejkolwiek opcji przedostania się na drugą stronę. Wędrujemy na północny-wschód, dokładnie w kierunku granicy z Ukrainą. Co chwilę spoglądając na mapę obserwujemy bacznie topografię terenu, liczymy dopływy potoku, nie chcemy zgubić orientacji. Wędrówka wzdłuż rwącej wody wcale nie jest prosta. Przedzieramy się przez powalone drzewa i obsypujące zrywy skalne. Mateusz i Basia podchodzą wyżej w las – gęsty i dosyć ciemny. Ja po nieudanej walce z próchniejącymi drzewami i setkami gałęzi rezygnuję ze swojej opcji wędrówki i udaję się w ich kierunku. Gdy wdrapuję się po skarpie i staję obok moich kompanów witają mnie nietęgie miny. Mateusz każe mi się rozglądnąć… Dookoła otaczają mnie dziesiątki obdrapanych drzew, a z ran zadanych wielką łapą ciekną soki. „Basiulka, nie ma na co czekać, zwijamy się stąd, tutaj grasują niedźwiedzie” – po tym stwierdzeniu dostajemy prawdziwy zastrzyk neuroprzekaźnika katecholaminowego i kontynuujemy naszą wędrówkę wzdłuż potoku w prawdziwym królestwie niedźwiedzi. Gdy docieramy na błotnistą ścieżkę nie jest już nudną koleiną, jest dużo bardziej „ciekawa”, niczym Promenada Gwiazd w Międzyzdrojach ozdobiona… śladami wielkich łap z pazurami. Ich właściciele musieli być wielcy. Odciski na błocie są bardzo wyraźne, nasze miny trochę mniej… „Ziemniooooki!!!”, „Hop hop hop, idzie GOPR” i z innymi równie wyszukanymi okrzykami przedzieramy się wzdłuż potoku licząc, że (choć to bardzo niegrzeczne) spłoszymy trochę gospodarzy tych rejonów zaznaczając swoją obecność. Oby misie gościnnie nas olały… W końcu jest! Pień nr 3! Mokry, cienki, ale za to jego koniec dociera na drugą stronę potoku. Ponieważ trudności trzeba stopniować od najniższych do najwyższych, przejście to już bardzo mocno pompuje mnie chemią z wewnątrz organizmu. Będą potrzebne silne ręce i mocne spodnie na d****. Okrakiem siadam na mokrym pniu, pochylam się nad nim, obejmuję rękoma i centymetry nad bałwanami wody podciągam do przodu. W pracę rąk i ud wkładam naprawdę wiele wysiłku. Staram się trzymać prostą pozycję, aby plecak mnie nie przeciążył. Z kontrolowanym zamoczeniem buta docieram na drugi brzeg. Staję stabilnie a Basia rzuca mi swój plecak i zaraz sprawnie przesuwa się po pniu. Mateusz za to wprawia mnie w osłupienie… Bierze głęboki oddech, poprawia swój ogromny bagaż na plecach i z rozpędu wchodzi na pień! Kilka szybkich kroków i…. jest, udało się, sprawdzian z równowagi zaliczony na 6, z rozsądku na 2! Po długiej walce, napompowani krwią rozcieńczoną już chyba całą chemią, stajemy na drugim brzegu. 

A tak oto walczyliśmy z potokiem Valea Botizu: po pniu nr 2

Poprzez próchno i gałęzie

Przez tego typu osypujące się skarpy

W bliskim sąsiedztwie Ursusa

Przez najbardziej ekstremalny pień nr 3
  
Rozpoczynamy ostrą wyrypę do góry. Las na szczęście nie jest gęsty, a ze zboczy szczytu po drugiej stronie potoku dobiegają nas odgłosy drwali. Podejrzewamy, że cisnąc do góry dotrzemy na Vf. Cristina Mare (1674 m n.p.m.), czyli Wielką Kryśkę. Wciąż obserwujemy mapę i teren, sprawdzamy wysokość przy pomocy GPS. Po mozolnym podejściu udaje nam się trafić na słabo wyraźną ścieżkę, która wyprowadza nas na wciąż zalesiony grzbiet wzniesienia. Siadamy przy sośnie, na której pniu ktoś wyrył duży krzyż. Cieknie z niego żywica, wybieramy tą lekko wysuszoną i skrystalizowaną, a następnie żujemy i wrzucamy do butelek. Basia twierdzi, że posiada ona właściwości bakteriobójcze. I ma rację. Dorzucić można tutaj również działanie wykrztuśne, odkażające, moczopędne i witaminowe. Chwilę później robi się mocno zielono i docieramy na sporą polanę z zagrodą oraz stanami (z rumuńskiego szałas pasterski). Przed nami obserwujemy grzbiety sporych pagórów, podejrzewamy, że to duża Kryśka, a na południowym-zachodzie widzimy spowitego śniegiem, majestatycznego Pietrosa. Gdy zbliżamy się do jednego z szałasów, dobiega nas chrypiąco-buczący odgłos. Wolimy nie sprawdzać kogo/co mamy za towarzystwo. Wciąż w głowach krąży obraz obdrapanych drzew i wielkich śladów na błocie. Tyle już słyszeliśmy o niedźwiedziach w tej części Karpat, głównie w formie ostrzeżenia. W marmaroskich lasach króluje niedźwiedź brunatny (Ursus arctos). Jak na króla przystało jest potężny. Niektóre osobniki osiągają nawet 3 metry w pozycji wyprostowanej i ważą 800 kg! Jeżeli gdzieś w pobliżu spaceruje niedźwiedzica z dziećmi, to maluchy mają pewnie kilka miesięcy, gdyż zazwyczaj rodzą się w styczniu i lutym. Póki co słońce mocno przypieka, a nam kończą się zapasy picia. Według mapy niedaleko powinno być źródło. Pomimo sąsiedztwa dziwnego odgłosu, Mateusz pozostawia bagaż pod naszą opieką i wyrusza samotnie na poszukiwania wody. Czekam na niego z niepokojem i po chwili widzę jak wędruje z triumfującą miną.

A drzewa karmiły nas żywicą

Pierwsze wyjście z lasu.  Po lewej szczyt Małej Kryśki (Vf. Cristina Mica), w oddali z prawej Czywczyn

Bucząca chatka na tle Pietrosa Budyjowskiego

A w oddali Torojaga - wspomienie dnia pierwszego


>
Nieźle już wymęczeni atrakcjami tego dnia, gramolimy się na Kryśkę. Pięknie prezentuje się panorama Rodnianek, odwiedzonej dwa dni temu Torojagi, a i ukraińskich szczytów coraz więcej przybywa na horyzoncie, w tym bardzo charakterystyczny, kopulasty Czywczyn (1765 m n.p.m.). Gdy stajemy na szczycie, panorama weryfikuje nasze ostatnie godziny. Nie jesteśmy w miejscu, o którym myśleliśmy. Nie wdrapaliśmy się na Wielką Kryśkę (1674 m n.p.m.), tylko na Małą (1645 m n.p.m.)! Na szczęście nie krzyżuje nam to planów. Po prostu wcześniej odbiliśmy pod górę od potoku niż myśleliśmy, a i do Pana Piotra jest trochę bliżej. Siedząc na ogrzanej słońcem trawie topimy wzrok w horyzoncie usłanym górami. Na północnym-wschodzie maluje się pasmo Czarnohory, od Popa Iwana z ogromnym Białym Słoniem do ostrej Hoverli, na zachodzie król Gór Marmaroskich (Farcau 1956 m n.p.m.) – pojutrze go odwiedzimy, bliżej widać Pasmo Bukowinki (1763 m n.p.m.) ciągnącej się za naszym najbliższym celem – Pietrosem Budyjowskim. Kartusze i palniki idą w ruch. W tak pięknym otoczeniu, susząc buty i łapiąc relaksujący oddech, wcinamy obiad J.

Z Małej Krystyny spoglądamy na rumuńskie południe (od  prawej Pietrosul Budyjowski, na środku Torojaga a w dali Alpy Rodniańskie)...


... oraz ukraińską północ (od prawej kopuła Czywczyna, jeszcze rumuńska Wielka Krystyna, a w oddali Czarnohora)

Na tle jutrzejszej trasy wietrzymy co trzeba


.
Czyniąc obserwacje ze szczytu wybieramy miejsce naszego dzisiejszego noclegu – polanę pod szczytem Pietrosa oraz obserwujemy możliwości dotarcia w to miejsce. Nie będziemy przedzierać się zalesionym, usłanym zapadającymi się po pas zaspami grzbietem. Nagrzana słońcem polana na północ w kierunku Vf. Lutoasa zaprasza, potem odbijemy na zachód i powinno wszystko obyć się w miarę suchą nogą, a raczej butem.  Wędrujemy po złotych trawach usianych gdzie niegdzie malutką kosówką, ciepło bije od ziemi. I właśnie przez to ciepło zamrę zaraz z serduchem w gardle… Idę pierwsza i gdy z impetem stawiam kolejny krok, kilka centymetrów przed moim butem podskakuje wąż! Czarny, o karbowanej strukturze i wcale nie taki cienki. Po efektownym wyskoku pełznie na malutką kosówkę i owija się wokół jej pieńka niczym sprężynka. Nie jestem pewna co do gatunku, podejrzewam żmiję (Vipera berus, 3 i 7 zdjęcie od góry w zamieszczonym linku). Zarządzam mocne tupanie i kijki na przód dopóki wędrujemy tą polaną. Chwilę później przechodzimy przez połatany wysokim śniegiem las. Stawiając kroki nie wiemy kiedy wpadniemy po łydki, a kiedy po pas. Idę kawałek przed moimi kompanami. Tuż przed początkiem rozległej polany słyszę przed sobą łomot! Z zarośli wyfruwają 3 wielkie beżowe kury, zupełnie jak ogromne spasione kuropatwy. To samice cietrzewia! Kilka kroków dalej płoszę kolejne dwie. Jak widać ten, kto idzie z przodu może liczyć na wiele atrakcji.

Polana pełna niespodzianek

Poprzez połatany las

I dotarliśmy na naszą polanę


,
Gdy rozbijamy namioty u stóp góry, myjemy się w kałuży z topniejącego śniegu (a nawet robimy pranie!), zasiadamy przy garach i obserwujemy jak front przewala się na północy – zaczyna bardziej na zachodzie za Farcau i wędruje w kierunku Czarnohory. Ciekawe co zastaniemy późnym wieczorem i rano? Basia jutro musi zacząć powrót do Polski, jeszcze raz podlicza swoją trasę do cywilizacji i okazuje się dłuższa od pierwotnych przewidywań – czeka ją samotny wymarsz przed szóstą rano, w ciemnym jeszcze, dzikim lesie. Ostatni marmaroski wieczór w tym składzie spędzamy na okraszonej krokusami polanie ciesząc oczy słońcem, które chowa się do spania za szczytem króla Gór Marmaroskich. Jutro wieczorem zaśniemy już we dwoje u jego stóp… lecz czy aby na pewno tylko we dwoje?

Biwak u stóp Pana Piotra


Razem z Farcau idziemy spać...


.
.
Osobliwe budziki

     Grrtrrruututuutu… grrtrrruututuutu... pierwszy dźwięk jaki usłyszałam dzisiejszego dnia. Całkiem miły ten budzik, aczkolwiek nie mam pojęcia kto jest właścicielem osobliwych odgłosów. Budzi on jedynych ludzkich mieszkańców tej polany, jakby chciał powiedzieć: „Słońce wstało, ruszać tyłki z namiotu!”. Po pięknym rozpoczęciu dnia, przypieczętowanym pyszną owsianką ugotowaną na podtopionym przez noc śniegu, przyglądamy się górującemu ponad nami Pietrosowi Budyjowskiemu i obmyślamy kombinacje drogi na szczyt. Jest sporo mokrego śniegu, a Mateusza buty straciły tolerancję na wodę. Poza tym mocne podejście pod górę z osuwaniem i zapadaniem w śniegu potrafi nieźle dać w kość (dodając jeszcze balast na plecach). „Obczajamy” kępki trawy i kosodrzewiny aby zaliczyć ich jak najwięcej kosztem płatów śniegu. Podchodząc na szczyt sprytnie realizujemy założony plan. W partii grzbietowej drapiemy się po większej formie kosodrzewiny, stąpając po jej giętkich gałęziach jak po wyrzutniach. Gdy docieramy na szczyt, naszym oczom po raz pierwszy na tej wyprawie ukazuje się znak szlaku – pionowe biało-czerwono-białe kreski. Szczerze mówiąc, jakoś nie cieszy mnie opcja wędrówki szlakiem, wydaje mi się, że traci to pewną szczyptę dzikości i wolności. A ze szlakami w Marmaroszu to jest całkiem  świeża sprawa. Powstały podobno 2 lata temu i jest ich niewiele. Mapy również nie mają bogatej historii i nie jest z nimi taka prosta sprawa. My posiadamy najświeższe (prawdopodobnie z 2011 roku) – Valea Vasereului i Valea Repedea, które pozyskaliśmy ze strony Parku Narodowego. Wspieramy się również starą mapą WIG z 1934 roku. Nie jesteśmy pewni co do mapowania terenu pomiędzy tymi datami. Prawdopodobnie powstawały mapy austriackie i radzieckie, ale nie dotarliśmy do nich. Pierwszy raz od czterech dni łapiemy zasięg i zwonimy do domu słysząc głos ulgi u najbliższych. Vf. Pietrosu Bardăului (1850 m n.p.m.) oferuje piękne widoki na rumuńskie i ukraińskie pasma karpackie, zaś najbardziej majestatycznie prezentuje się nasz kolejny cel: Vf. Farcau (1956 m n.p.m.) – najwyższy w tych górach. Wędrując czerwonym szlakiem obieramy drogę na Luhei – wioskę położoną u stóp Farcau. Minąwszy trawersem Vf. Bucovinca (1763 m n.p.m.) docieramy na grań Vf. Pecealu (1725 m n.p.m.). Spora ilość śniegu pod butami rekompensuje nieco żar lejący się z nieba. Tutejsze Karpaty o tej porze roku wyglądają jak lodowe rożki śmietankowe – u góry biały kożuszek, a pod nim wafelkowa podstawa. Gdy górne partie śpią pod śniegiem, niżej ze słomkowych jeszcze traw przebijają się krokusy, zupełnie jakby chciały przywołać do pobudki całą otaczającą przyrodę. Ów kożuszek również bywa ozdobiony… „Ile tu śladów niedźwiedzi!” – zauważamy na grzbiecie Pecealu. Nawet nie zdążyły się dobrze rozpłynąć, a słońce przecież mocno grzeje. Wciąż są całkiem wyraźne. „Ziemniooooki!!!!”. I znowu dopalacz we krwi pcha nas do przodu. Słońce daje się we znaki, ale za to w czasie sjesty szybko suszy buty.

Na szczycie Pietrosa Bydjowskiego pierwszy raz witamy się ze szlakiem

Bukowinka otwiera się przed nami, za nią marmaroskie giganty Farcau i Pop Ivan

Poczułam klimat Gorganów...


.
Cywilizację już słychać i czuć. Zaczynamy ją witać od miłego spotkania z gospodarzem stany oraz zagrodą pełną owiec i kóz, które pewnie dopiero co rozpoczynają swój „kosiarkowy” sezon. Aż dziwne, że nie ma krwiożerczych owczarków. Dalsze obcowanie z cywilizacją jest już mniej przyjemne, wkraczamy w rejon wyrębu (Mateusz w części III nieco poszerzy temat wycinki drzew w Górach Marmaroskich). Długa droga w dół z ogromnymi zakosami i głębokimi, błotnymi koleinami sprawia, że chcemy ją przejść jak najszybciej i wymazać z pamięci.

Wyjątkowa "bezowczarkowa" stana z owieczkami


Wcale nie tęskniliśmy za cywilizacją

Małą rekompensatą tuż przed wioską jest przekroczenie naszej drogi nie przez czarnego kota, lecz jaskrawo-zieloną, nie taką znowu małą jaszczurkę. Do tej pory spotykaliśmy mnóstwo małych zwinek (Lacerta agilis) lub jaszczurek żyworodnych (Lacerta vivipara), buszujących w trawach połonin. W Luhei czas zatrzymał się dawno. W niektórych domach używa się lamp naftowych, a kobiety piorą w rzece. Dzieci wybiegają z gospodarstw odprowadzając nas okrzykami i zaciekawionymi oczami. Jednak inne spotkanie jest dla nas zaskakujące. W centrum wioski, tuż przed cerkwią, obserwujemy nadjeżdżającą Toyotę. Auto mocno wyróżnia się  w tutejszym krajobrazie. Gdy sunie z naprzeciwka wprost na nas, a rejestracja staje się coraz wyraźniejsza, ogarnia nas śmiech. KR! Pierwsi turyści jakich spotykamy czwartego dnia wędrówki są właśnie z Krakowa! Za chwilę witamy się przez okno samochodowe, pewnie spotkamy się za kilka godzin w masywie Farcau. Opuszczamy Luhei pośród swojskiego krajobrazu w zieleni soczystej trawy i żółci kaczeńców. Tuż za lasem dobiegają nas wesołe gwizdy i nawoływania. To pasterze doją owce, które wyglądają jakby niedawno wpadły pod kosiarkę. W czwórkę siedzą na ławeczce i ekspresowo wyciskają mleko z owieczek, które same, podchodząc od tyłu,ustawiają się im przed nogi i potem po klapsie w tyłek w podskokach biegną do zagrody. Scenka budzi w nas spore zainteresowanie oraz wyzwala uśmiech na twarzy. Mateusz wyciąga papierosy zakupione na bezcłówce „na wszelki wypadek” i oddaje paczkę pasterzom w zamian za zdjęcie.

Cerkiew w Luhei


Swojski wodopój

Polana usłana oryginalnymi kopczykami

Zadowolone owieczki i weseli pasterze. Dojenie.


.
Resztkami sił gramolimy się do góry zielonym stokiem. Postanowiliśmy zrezygnować z wędrówki szlakiem, który biegnąc dalej chowa się za grzbiet. My chcemy iść jego środkiem goniąc schodzące coraz niżej słońce. Już wcześniej wymyśliliśmy sobie nocleg pod wzniesieniem Stânişoara i okazuje się, że miejsce jest idealne. Zapewnia nam piękne panoramy, źródełko (picie, kąpiel, pranie) oraz towarzystwo. Nie chodzi tutaj oczywiście o ludzi, krakowskie ziomki minęły nasz biwak jakiś czas temu. Nasi towarzysze są bardziej krzykliwi. Gdy Karpaty ogarnia zmrok, a my zamaczamy łyżki w obiadokolacji, na zboczu wzniesienia ponad nami odbywają się prawdziwe tańce. Sporych rozmiarów kogut podskakuje skrzecząc i wymachując skrzydłami. Po chwili słyszymy gulgotanie i znowu skrzekot. Widzimy okazałą, ciemną sylwetkę, która podskakuje na tle idącego spać nieba. Szkoda, że nasz sprzęt nie uchwyci tej chwili w późnowieczornych warunkach. To cietrzewie (Tetrao tetrix), podobnie jak głuszce i bażanty są przedstawicielami rodziny kurowatych. Już wiemy, kto obudził nas dzisiaj rano i szaleje na wieczór. Zarówno polana pod Pietrosem jak i ta stanowią świetne miejsce na toki, w trakcie których zbiera się grupa samców wykonujących rytualny taniec. Godowe „balety” to przeplatane znajomymi nam odgłosami popisy biegania i podskoków mających odstraszyć rywali i zachęcić kury, które nad ranem przybywają do swoich amantów. No właśnie…

Taki biwak dzisiaj wymarzyliśmy...

.
Między czwartą a szóstą rano: Grrtrrruututuutu… Skrszzkszzzkszz… Grrtrrruututuutu... Skrszzkszzzkszz… Dzień dobry marmaroski przedporanku!


* W poście wykorzystano informacje znalezione:
- w Wikipedii

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

*Autorzy bloga zastrzegają sobie prawo do usuwania komentarzy, które w ich opinii uznane zostaną za wulgarne, obraźliwe i niezgodne z prawdą.