niedziela, 8 lutego 2015

Odludne i przyrodniczo fascynujące Wysokie Taury Kreuzeckgruppe (Austria 2014, cz. II)

Góry są dla nas miejscem odpoczynku, spokoju, oderwania od cywilizacji i szarej codzienności, a także okazją do bycia sam na sam z naturą. Dlatego też o wyborze miejsca, w które się udamy, często decyduje to, czy znajdziemy tam wyżej wymienione doznania. Wydawać by się mogło, że w państwie o tak mocno rozwiniętej turystyce górskiej, i w tak bardzo popularnych górach, jakimi są Wysokie Taury, gdzie każde pasmo pocięte jest niezliczoną ilością szlaków, wyciągów narciarskich, a także schronisk, trudno będzie znaleźć miejsce, które sprosta naszym wygórowanym wymaganiom. Góry Kreuzeckgruppe dały nam więcej niż oczekiwaliśmy, a dni tam spędzone były czasem niezwykłej przygody.




Kreuzeckgruppe - grupa Krzyża?

Lubimy odwiedzać pasma, o których, poza szczątkowymi informacjami o położeniu i najwyższych szczytach, niewiele można przeczytać w "internetach". Brak informacji dodaje górom tajemniczości, sprawia, że są one bardziej niedostępne i nieskażone masowym ruchem turystycznym. Wyzwala w nas również dodatkową porcję adrenaliny, daje poczucie niepewności i ekscytacji, pobudza wyobraźnię. W przypadku Kreuzeckgruppe wyobraźnia przed wyjazdem pracowała na wysokich obrotach. Pasmo to jest najniższą jednostką Wysokich Taurów, położoną pomiędzy górną Drawą, a jej lewym dopływem, rzeką Möll. Promieniście rozchodzące się z centrum pasma grzbiety są długie na kilka km i mocno rozczłonkowane, natomiast oddzielające je doliny krótkie i głębokie. Masywy górskie budują skały metamorficzne: gnejsy, granitognejsy, łupki i granity. Najwyższym wśród nich jest Polinik (2784 m n.p.m.), cztery kolejne: Striedenkopf, Scheuchen, Hochkreuz i Kreuzeck sięgają ponad 2700 m n.p.m., a kilkanaście innych przekracza 2600 m n.p.m. Na obecne ukształtowanie tych gór wielki wpływ miała działalność lodowców. Dziś możemy podziwiać wiele jej pozostałości w postaci U-kształtnych dolin, kotłów polodowcowych, moren, a przede wszystkim całkiem sporą liczbę małych jeziorek, będących charakterystyczną cechą krajobrazu tego pasma.



Niemal w idealnym środku pasma znajduje się wspomniany wyżej szczyt Kreuzeck. Jest to ogromny masyw, chyba największy w tych górach. Od niego nazwę zyskało całe pasmo. I pozwolę sobie na wymyślenie małej teorii, gdyż nie znalazłem informacji na ten temat, być może ze względu na bardzo słabą (w zasadzie jej brak) znajomość niemieckiego. A więc "kreuz" w języku niemieckim to krzyż. Na szczycie Kreuzeck jest wielki krzyż, tak samo jak na większości innych szczytów. Zatem być może nazwa całego pasma związana jest z krzyżami, które zdobią górskie szczyty? A może moja teoria jest do niczego? Jeśli ktoś mądry wie, prosimy o rozwikłanie tej zagadki :)

Pierwsze kroki wśród oszałamiającego świata natury

Przed wyjazdem, za pomocą mapy i programu Google Earth, opracowaliśmy teoretyczny plan marszruty i miejsc rozbicia namiotu, ale jak się później okaże, nasze plany będą niemożliwe do zrealizowania. Rzeczywistość mocno zweryfikuje nasze pomysły, nakreślone w zacisznym, domowym kącie...
Kilkadziesiąt metrów od pozostawionego auta czerwony szlak prowadzi nas w prawo, na stromy, trawiasty stok, będący prawdopodobnie pozostałością po dawnym wyrębie. I tu pierwsze zaskoczenie - ścieżki brak, a czerwona farba jest ledwo widoczna na kamieniach pośród wysokiej trawy. Pierwsze oznaki, że szlak jest rzadko uczęszczany. W Alpach rzadko uczęszczane szlaki? - zastanawiam się, gdyż inne miałem wyobrażenia. Stok wydaje się być bez końca, idziemy i idziemy, na przełaj, ciągle jest cholernie stromo. Gdy wchodzimy do lasu, ku naszemu zdziwieniu pełno jest grzybów, głównie podgrzybków! Nikt ich tutaj nie zbiera, a nam cieknie ślinka, na sam ich widok zaczynamy być głodni. Gdyby był wieczór i wizja rozbicia noclegu, delektowalibyśmy się smacznym sosem z podgrzybków, ale teraz, przed południem niestety musimy obejść się smakiem.    

Gdzie ścieżka?






Świat roślinny już na samym początku zachwycił nas swoim bogactwem. Tu i ówdzie Basia wynajduje jakieś ciekawe okazy i lata z aparatem od jednego kwiatka do drugiego, niczym trzmiel. Pomimo ciężkich warunków klimatycznych w jakich przyszło im rosnąć, i kończącego się okresu wegetacyjnego, wciaż potrafią oczarować feerią barw.  

Tojad mocny

Pewnie jakieś storczykowate? :)

Rojnik górski

Zerwa kulista

Dzwonek alpejski



.
Świat zwierząt natomiast daje nam okazję do zaobserwowania niesamowitego zdarzenia. Gdy wyszliśmy już niemal poza granicę lasu, na trawie tuż przy ścieżce natrafiamy na żmiję zygzakowatą, która jest właśnie w trakcie spożywania jednego z przedstawicieli gryzoni! Niewiele brakło, a Basia nadepnęłaby na nią, co mogłoby szybko zakończyć naszą wyprawę. Żmija zygzakowata jest bowiem wężem jadowitym, którego jad po ukąszeniu może powodować martwicę kończyn, a w przypadku dzieci i osób starszych nawet śmierć. Nie ma to jak mocne wrażenia na samym początku wędrówki!

Żmija zygzakowata połyka gryzonia

Niedokończony obiad żmiji



.
Przemy do góry, ciągle jest bardzo stromo. Otoczenie zmienia się, coraz więcej otwartych przestrzeni, wysokogórskich łąk, które powoli zostają zajmowane przez modrzewiowy młodnik. W przeszłości te tereny były miejscem wypasu owiec i bydła na ogromną skalę. Dziś powoli wkracza las, a pasterstwo, choć już w małym stopniu, jest ciągle kultywowane, ale w innej części pasma. Wchodzimy do podwieszonej polodowcowej doliny. Ścieżki w zasadzie brak, tylko gdzieniegdzie spośród trawy wystają kamienie z oznaczeniem szlaku. Przed nami rozpościerają się skaliste ściany, które swoimi wielkimi rozmiarami budzą w nas respekt. Wśród szczytów cięgle kotłują się chmury, ale w pewnym momencie mamy małą chwilkę na dostrzeżenie naszego dzisiejszego celu - szczytu Polinika (2784 m n.p.m). - Jak on jest jeszcze strasznie daleko od nas! - mówię przejęty do mojej towarzyszki. Co prawda godzina jest jeszcze młoda, ale musimy myśleć powoli o pierwszym biwaku. A przed nami nic tylko ogromne ściany i sporo dużych głazów skalnych, niektóre wielkości ciężarówki. W takim otoczeniu na rozbicie namiotu nie ma szans.



Masyw Polinika w centralnej części panoramy





Obchodzimy duży kocioł polodowcowy, trawersujemy okoliczne masywy - Hohe Leiten i Gamskar Spitz. Hen hen wysoko na grani, przez którą przewalają się gęste chmury, dostrzegamy, słabo, ale jednak, kozice górskie majestatycznie i z gracją poruszające się po ostrych krawędziach. Zawsze imponują mi swoimi umiejętnościami "wspinaczkowymi".
Droga na szczyt jest długa i wymagająca. Zmęczenie powoli nas dopada, plecaki zaczynają coraz bardziej ciążyć. Pierwszy raz orientujemy się, że nasza mapa jest mocno zgeneralizowana, i poprowadzenie ścieżki mocno różni się w rzeczywistości od tego wyrysowanego na mapie. Co więcej na szlaku brak jakichkolwiek oznaczeń pionowych, drogowskazów, i tak naprawdę w miejscu gdzie powinno być rozwidlenie, nie wiemy czy na szczyt kierować się w prawo czy w lewo. Chwilę spędzamy na szukaniu farby, aż w końcu zostawiamy plecaki i na lekko udajemy się w jedną z wybranych ścieżek, z nadzieją, że doprowadzi nas do szczytu. Dokonaliśmy dobrego wyboru, czerwona ścieżka prowadzi nas ostro do góry, wykorzystujemy wszystkie nasze kończyny do wspinaczki. W końcowych fragmentach pojawiają się odcinki stalowych lin ułatwiające wejście i dające poczucie większego bezpieczeństwa, gdyż jesteśmy już na wąskiej grani z każdej strony otoczonej przez kilkuset metrowe przepaście. Po ok. 30 min od pozostawienia plecaków, stajemy na najwyższym szczycie Kreuzeckgruppe - Poliniku. Na wierzchołku jest bardzo mało miejsca, a w dodatku poczucie niestabilności potęguje mocno wiejący wiatr. Nie czujemy się komfortowo, dlatego też widoki, przez chmury niezbyt odległe, oglądamy spod szczytu. Przestrzeń ograniczona jest przez chmury, ale i tak jest co podziwiać. Prezentujące swe piękne oblicza, wielkie masywy pod naszymi stopami są nagrodą za trudne wejście. Jesteśmy na wysokości 2784 m n.p.m. i trochę z niedowierzaniem wyczytuję z mapy, że od naszego Juniora, którego rano pozostawiliśmy przy Gasthof Alpenheim, dzieli nas równo 1600 m w pionie. Jest to jedno z naszych największych podejść w górach ever! :)

Wielki kocioł polodowcowy


Krzyż na szczycie Polinika

Ostatni fragment ubezpieczony przez liny

Na szczycie mocno wiało

Widok z Polinika na północ, na masyw Mornigkopfe



.
Tajemniczy towarzysz i pierwszy niesamowity biwak

Z myślą w głowie, że czas pomyśleć o biwaku, schodzimy po krótkiej chwili spędzonej na szczycie. Dość szybko dochodzimy do pozostawionych za dużym głazem plecaków i zastanawiamy się co robić dalej. Jest godz. 16, jesteśmy już nieźle zmęczeni, mamy dwa warianty do wyboru: albo idziemy dalej szlakiem przez trudną grań i po zejściu z niej szukamy miejsca na nocleg, albo cofamy się spory kawał drogi do doliny, z której przyszliśmy i gdzie widzieliśmy kilka miejscówek na biwak. Po chwili zastanowienia, przestudiowania mapy i warunków pogodowych, decydujemy się na drugi, bezpieczniejszy wariant. Nie chcemy ryzykować nocy w nieznanym terenie i w niepewnej pogodzie. Schodzimy do wysokości ok. 2250 m. i rozglądamy się za kilkoma metrami kwadratowymi płaskiej przestrzeni. Znalezienie ich nie jest łatwym zadaniem, ale w końcu udaje nam się rozbić namiot na ramieniu skalnym z trzech stron otoczonym stromymi przepaściami. W pobliżu płynie potok, jest zielono, jest cicho, jesteśmy otoczeni przez masywy grupy Polinika, jest pięknie! To jest biwak z gatunku tych wyjątkowych!




Czego chcieć więcej?

Po rozbiciu całego grajdołu odchodzę kilkaset metrów od namiotu by uwiecznić na zdjęciu, w jakich okolicznościach przyrody przyszło nam spędzić pierwszą noc. Robię serię zdjęć, aż tu nagle koło namiotu zaczęła kręcić się pewna ciemna postać. Nie spotkaliśmy tego dnia nikogo, więc jej pojawienie się może dziwić i zaskakiwać. Kim jest, jakie ma zamiary? Tajemniczy towarzysz stoi bez ruchu dobrych kilka minut, aż w końcu znika wraz ze zniknięciem słońca za chmurami. Już nie powraca... Wracam do namiotu, delektuję się smakiem makaronu z tuńczykiem w sosie pomidorowym przygotowanym przez najlepszą kucharkę jaka chodzi po górach. Jest ciepły, pogodny wieczór. Słońce oświetla swoimi ostatnimi dziś promieniami południową grań Kreuzeckgruppe. W pomarańczowo-różowych barwach kąpią się Seebach Hohe, Stawipfel, Schroneck i Grakofel. Chwilo trwaj jak najdłużej! Kładziemy się spać w kompletnej ciszy, zmęczeni, ale zadowoleni z pierwszego, górskiego dnia. Pokonaliśmy dziś duży dystans i prawie 2100 m przewyższenia, trafiliśmy w piękne, bezludne góry, czego chcieć więcej? Dzień zaliczamy do mega udanych :)

Tajemniczy towarzysz na garbie

Garb na którym rozbiliśmy namiot



Południowa grań Kreuzeckgruppe




.
Ciężkie trawersy i krowi świat

Zazwyczaj pierwszej nocy często się budzę, tym razem było nad podziw spokojnie. Budzik dzwoni o 5:30. Dzień już też się obudził, jeszcze jest dość pogodnie, ale chmury wiszą już nad pobliskimi szczytami. Wędrówkę zaczynamy kilka minut po 7. Podchodzimy do znanego z poprzedniego dnia rozwidlenia szlaków. Pokonujemy strome podejście - dobra rozgrzewka na początek dnia. Im wyżej podchodzimy, tym chmury bardziej gęstnieją i zakrywają otoczenie. Przechodzimy przez trudny trawers, gdzie musimy się trochę powspinać. Ciężkie plecaki i mokra skała jednak tego nie ułatwiają. Musimy bardzo uważać, żeby nie było niespodzianki w postaci długiego lotu w dół. Wychodzimy na grań i kierujemy się na szczyt Kehllucker. Szlak w tym miejscu jest dość trudny do pokonania. Co chwilę schodzimy z grani, trawersujemy by po chwili znów wejść na grań. Trawersy są bardzo męczące, stok stromy i często usłany rumoszem skalnym, z którym łatwo można zjechać. W dodatku miejscami ścieżki w ogóle nie ma i musimy chodzić po śliskiej trawie. Przejście po ruchomych kamieniach czy po trawie w ciągłej koncentracji by się nie osunąć, by nie postawić źle choćby jednego kroku, jest bardzo męczące, a zarazem stresujące. W dodatku niewiele widać, chmury kompletnie opanowały okolicę.









Wędrówka mija nam na ciągłej walce z sypkimi kamieniami i śliską ścieżką. W końcu szlak schodzi mocno w dół, często przez strome wychody i kominy skalne. Na jednym z takich kominów musimy się wspomóc metalowa liną, która jest już mocno wyeksploatowana. Basia idzie pierwsza, bardzo ostrożnie. Chwilę jej zajmuje zejście kilkanaście metrów w dół po śliskich i sypkich kamieniach. Gdy bezpiecznie stoi na dole kolei na mnie. Z początku idzie sprawnie. Nagle pod moimi nogami osuwają się kamienie i tracę równowagę. Dobrze, że lina wytrzymała mój ciężar i mocno trzymając się jej wiszę chwilę bez podłoża pod nogami. Zrobiło mi się ciepło i adrenalina uderzyła do głowy. Gdyby nie lina, pewnie spadłbym gdzieś tam w dół, przez gęstą mgłę nawet nie widać gdzie. Spokojnie zszedłem jeszcze kilka metrów i musiałem uspokoić drżenie nóg. Niepozornie wyglądający krótki odcinek stromej ściany wydawał się łatwy do przejścia, jednak po raz kolejny przekonuję się, że w górach każdy krok musi być postawiony z rozwagą.



Pogoda nas dziś nie rozpieszcza. Nisko zawieszone chmury bardzo ograniczają widoczność, przez cały dzień niewiele widać wokoło. Czasami lekko pada deszcz, jest ponuro. Wędrówka nie dostarcza nam spektakularnych widoków, ale mimo to sama w sobie jest wartością nieocenioną. Gdzieniegdzie zauważymy jakiś ciekawy okaz rośliny, co chwilę "szczekają" świstaki. W tych górach jest ich naprawdę sporo. W pewnej chwili piskliwe szczekanie zamienia się w długi basowy ryk. Wiele ryków. I nagle gdzieś zza mgły na stoku zauważamy pasące się krowy! Prawdziwe, alpejskie mućki! Dostrzegamy kilkanaście sztuk, ale wraz z pokonywaniem kolejnych ramion stoku jest ich coraz więcej. Jednak i tak ich ilość jest tylko bardzo małą cząstką spośród tysięcy sztuk, które wypasano na tych terenach, jak i w całych Alpach, w XIX i I poł. XX w. Wtedy robiono to na skalę przemysłową, karczowano ogromne połacie lasów pod pastwiska, powodując tym samym znaczną szkodę w ekosystemie górskim. Współcześnie wypas jest już tylko namiastką dawnych czasów, jest kultywowany głównie ze względów kulturowych i tradycji. Nie mniej jednak cieszy widok tych sympatycznych zwierząt, które kiedy je mijamy, nie robią sobie wiele z naszej obecności.        


Pierwsze spotkane mućki



Ok. godz 18 dochodzimy do ogromnego kotła polodowcowego u stóp masywów Scheuchen (2715 m n.p.m) i Strieden (2749 m n.p.m), którego pokryte trawą dno jest płaskie jak stół. Co więcej wzdłuż zachodniej jego strony płynie potok. Miejsce wydaje się być idealne na rozbicie namiotu. Jednak to tylko pozory. Gdy wchodzimy w głąb kotła, okazuje się, że sympatyczne zwierzęta spotkane kilkanaście minut wcześniej, urządziły sobie w tym miejscu wielki wychodek. Krowich placków jest tak dużo, że nie ma 2 m kw. czystej trawy! Byliśmy w szoku taką ich ilością. Obchodzimy kocioł wokół, wszędzie to samo. Nie zostaje nam nic innego jak poszukać innej miejscówki. Ale na szczęście szybko znajdujemy kawałek równej powierzchni na małym pagórku ponad kotłem. Wieczorem chmury ustąpiły i możemy podziwiać otaczające nas wzgórza z menażką ciepłej strawy w ręku. Ciepłe barwy zachodzącego słońca tworzą niesamowity nastrój. Tylko przywódczyni krowiego stada zakłóca sielankę nawołując swoje towarzyszki głośnymi rykami. Nie spodziewaliśmy się noclegu w tak niesamowitych okolicznościach :)

Wejście do "krowiego" kotła


"Krowi" kocioł w całej okazałości

Wszędzie miny







1 (słownie jeden) człowiek i byk

Początek kolejnego dnia jest całkiem obiecujący, pogoda jest dobra, widoki przednie, nic tylko ruszać dalej. Pierwsze kroki stawiamy wolno, czuć w nogach wczorajsze trawersy i przygody na ścianach. Na początku dość długo podążamy trawersem okolicznych masywów, mijamy kolejny kocioł, który tym razem jest początkiem sporych rozmiarów doliny. Znów całą teorię działalności lodowców w górach mamy na wyciągnięcie ręki. Cieszą me geograficzne oczy takie widoki. Wraz z upływem czasu, coraz więcej chmur zaczyna kłębić się nad okolicznymi szczytami. Jednak ciekawsze rzeczy dzieją się pod naszymi stopami - po raz kolejny mamy okazję podziwiać cuda świata zwierząt. W trawie dostrzegamy miniaturową wersję czarnego smoka - salamandrę czarną. Ten majestatyczny płaz występuje tylko w Alpach i Górach Dynarskich, jest dość pospolitym gatunkiem, jednak spotkać go jest trudno, z racji jego płochliwego usposobienia. Teraz gdy się jej tak przyglądamy z każdej strony po pięć razy, podziwiając jej piękno, jest spokojna, nie ucieka, bardzo wolno się porusza, być może ze względu na niską temperaturę. Alpy przyrodniczo na każdym kroku nas zadziwiają.




Salamandra czarna




Po dłuższej chwili ochów i achów nad salamandrą, wyruszamy dalej w trasę. Nasz cel na dziś - szczyt Kreuzeck - ciągle zasłonięty jest pierzyną chmur. Mapa mówi nam jednoznacznie - nie ma co tachać na samą górę ciężkich plecaków, zostawiamy je w miejscu, z którego później zejdziemy już do naszego Juniora. Organizujemy "plecak szturmowy" zrobiony z worka na śpiwór z najważniejszym ekwipunkiem i idziemy w kierunku szczytu. Szlak kieruje nas najpierw stromym trawersem masywu Schwarzriesen (2613 m n.p.m), by po niedługim czasie doprowadzić do przełęczy Wolla Torl, sięgającej 2546 m n.p.m. Szczytu nie widać, jest skąpany w chmurach, ale widoki wokół są całkiem niezłe. Podejście z przełęczy na szczyt nie jest wymagające, można je porównać do wyjścia na tatrzański Wołowiec. Po 30 min marszu stoimy już obok stalowego krzyża na szczycie Kreuzeck (2701 m n.p.m). Co ciekawe, w trzecim dniu wędrówki w Kreuzeckgruppe spotykamy pierwszego (i jak się okaże później jedynego) turystę! Jest to mężczyzna w średnim wieku, który na szczyt wybrał się ze schroniska Feldner Hutte, położonego w sąsiedniej dolinie (od tej, którą myśmy podążali). Jesteśmy w chmurach, widać na 20 m w przód, z piechurem zamieniamy kilka zdań, wpisujemy się do zeszytu zamkniętego w skrzynce na krzyżu, pijemy herbatę na rozgrzanie i schodzimy w kierunku przełęczy Wolla Torl. Wraz ze spadkiem wysokości, coraz mocniej się przejaśnia. Mogę nacieszyć się kilkoma fajnymi kadrami okolicznych grani i szczytów. Dość szybko dochodzimy do naszych plecaków, skąd udajemy się na ostatni odcinek naszej trasy w Kreuzeckgruppe.

Zostawiamy plecaki


Ostatnie kroki przed przełęczą Wolla Torl

Widok z Przełęczy Wolla Torl na wschód - Dolina Teuchl

Przełęcz Wolla Torl a nad nią Schwarzriesen (2613 m n.p.m)

Plecak szturmowy

Na szczycie Kreuzeck, jeden jedyny turysta w górach!

Widoki na zachód po zejściu z Kreuzeck



.
Jest 11.30, ruszamy w dół, na przełaj stromym stokiem, wprost do polodowcowego kotła, na dnie którego pasie się stado krów złożone z ok. 20 sztuk. Mućki przyglądają się z uwagą przybyszom i gdy dochodzimy do nich na odległość kilkudziesięciu metrów, uciekają spłoszone i łączą się z innym stadem. Trasę naszej dalszej wędrówki wyznacza potok wypływający z małego jeziorka Schwarz. Wszędzie wokół duże ślady krowiej obecności. Pogoda pogarsza się, zaczyna siąpić deszcz i chmury zaczynają schodzić coraz niżej utrudniając widoczność. Dochodzimy do skrzyżowania potoku ze szlakiem, i już po chwili idziemy ledwo widoczną ścieżką po lewej stronie nurtu. Kilka minut później adrenalina skacze nam do wysokiego poziomu - jakieś 50 m od nas, po drugiej stronie potoku stoi dumnie ogromny byk. W całym swoim życiu nie widziałem tak wielkiego buhaja! Ta kupa mięśni pilnuje swojego stada pasącego się wzdłuż wody. Na domiar złego Basia ubrana jest w czerwoną kurtkę i plecak z czerwonymi wstawkami. Czujemy niezłego pietra i zaczynamy coraz szybciej iść przed siebie, nie zwracając uwagi na potężne cielsko krowiego samca. Byk na szczęście stoi nieruchomo, odprowadza nas tylko wzrokiem i po chwili zniknął nam z pola widzenia. Aż strach pomyśleć, coby się stało, gdyby zachciało mu się nas przepędzić...brrrr aż ciarki przeszły mi po plecach!

Mućki w kotle

Zarośnięte jezioro Schwarz i krowy na stoku



Potok Teuchl

Tego stada pilnował buhaj! 

Schronisko Barenkopf


Idziemy dalej już wyraźną ścieżką, a gdy kończą się górskie pastwiska, mijamy małe schronisko Barenkopf hutte, jednak nie wchodzimy do środka (ogrodzenie wykonane z elektrycznego pastucha) i na sucharowy obiad zatrzymujemy się nieco dalej. Gdy kończymy przekąskę, deszcz zaczyna coraz bardziej padać, a kiedy idziemy już utwardzoną drogą, leje całkiem mocno. Ostatni odcinek trasy to kilkanaście km monotonną drogą, którą można przejechać autem terenowym. Nasz marsz ciągnie się i ciągnie, a końca nie widać. W dodatku kiepska pogoda nie pomaga nam w wędrówce. Ok. 17 docieramy do naszego auta. Zmęczeni, przemoknięci, szczęśliwi :) Nasz plan nakreślony w domu nie został przez nas zrealizowany nawet w połowie. Góry zaskoczyły nas swym rozmiarem. I oczywiście swoim pięknem. Przez 3 dni wędrowania poznaliśmy niesamowity świat przyrody, weszliśmy na kilka ciekawych szczytów, rozbijaliśmy namiot w genialnych miejscach i, co chyba najbardziej mnie zadziwiło, w Alpach, Wysokich Taurach spotkaliśmy tylko jednego turystę. Aż nie chce się wierzyć...Ale i tak na hasło Kreuzeckgruppe przed oczami będę miał odludne góry i....krowi świat :) Muuuuuu!  

Achtung! Mućki!






8 komentarzy:

  1. No i tak jak podejrzewałam. Relacja z alp austriackich mnie nie zawiodła :) Widzę, że pogodę mieliście trochę kapryśną. Czekam na ciąg dalszy :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skadi, najlepsze dopiero przed nami :) Można powiedzieć, że pogoda była typowo górska. Dzięki za miłe słowa!

      Usuń
    2. No i gdzie kolejne relacje? :(

      Usuń
  2. Świetna relacja, a widoków tylko pozazdrościć!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne widoki. Super że odkrywacie takie nieznane turystycznie pasma. Też uważam, że tego typu turystyka górska jest bardziej interesujaca.

    OdpowiedzUsuń
  4. https://www.google.pl/search?q=Taury+Kreuzeckgruppe&client=firefox-b&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwiZ5IS4gorQAhULDSwKHYbbDK4Q_AUICSgC&biw=1381&bih=677

    OdpowiedzUsuń
  5. Hey i follow your blog, i like n read every you post

    OdpowiedzUsuń

*Autorzy bloga zastrzegają sobie prawo do usuwania komentarzy, które w ich opinii uznane zostaną za wulgarne, obraźliwe i niezgodne z prawdą.