niedziela, 16 grudnia 2012

Po kosodrzewinie jak po drabinie. Babiogórska ostra jazda z trzymanką

    Ufff… stoję, obyło się bez twardego lądowania. Jeden z moich wielu dzisiejszych piruetów. Warszawskie chodniki zapewniają darmowe lekcje tańca na lodzie. Od razu przypomniałam sobie jaką „atrakcję” pewnego październikowego wieczoru zapewnił nam Diablak. Dobrze, że pani Pinus mugo Turra zaoferowała swoją pomoc i ocaliła czteroliterową, bardzo ważną część ciała…





23 października 2010 r.

Po perypetiach związanych z dojazdem (już wiemy, na którego przewoźnika/busa lepiej nie liczyć) odbijamy w las z asfaltowej drogi Zawoi Górnej. Mamy opóźnienie, jest przed 11, a przed nami krótki październikowy dzień i niezbyt krótka trasa do przejścia. Żółty szlak będzie nas prowadzić w kierunku wschodnim na Mosorny Groń (1047 m n.p.m.). Droga wiedzie głównie przez las, po błotnistej ścieżce, w towarzystwie podtopionego śniegu. Gdzieniegdzie, przez rozrzedzony las oraz na polanie przy Zimnej Dziurze, podglądamy na północnym-wschodzie wzniesienia Beskidu Żywieckiego i dalej Makowskiego. Docieramy na Mosorny Groń, skąd prowadzi krzesełkowy wyciąg narciarski i prawie półtorakilometrowa trasa zjazdowa. Z pomiędzy drewnianej infrastruktury obserwujemy nasz dzisiejszy cel – przyprószony i spowity chmurką Diablak (Babia Góra, 1725 m n.p.m.).

Diablak w tle, pomiędzy infrastrukturą na Mosornym Groniu


.
Dalej żółty szlak łączy się z niebieskim, a droga początkowo w miarę płaska, po chwili zaczyna piąć się bardziej w górę. Śniegu jest coraz więcej, a plusowa temperatura sprawia, że powstaje śliska ciapka, co daje nam się we znaki zwłaszcza podczas podejścia na Cyl Hali Śmietanowej (1298 m n.p.m.). Ślizgamy się i co chwila podtrzymujemy drzew. Aż tu nagle przed nami zjawia się grupa młodych chłopaków pędzących z góry, co chwila podjeżdżając i chwiejąc się na śliskim śniegu, ale jakimś cudem nie zaliczając „dupozjazdów”. Ponieważ napotkane towarzystwo jest w świetnym nastroju (zaraz się wyjaśni dlaczego) nawiązujemy rozmowę. Okazuje się, że jest to rajd jednego z wydziałów AGH. Po chwili wznosząc toasty dajemy się poczęstować słynną cytrynówką. Mimo, że obecnie, z różnych względów, nie jesteśmy zwolennikami picia alkoholu na szlaku (aczkolwiek w przeszłości różne rzeczy się wyczyniało ;)), jeden kielon AHG-owskiej cytrynówki smakuje wybornie. Po osiągnięciu Hali Śmietanowej odbijamy czerwonym szlakiem na południe i wędrując na granicy Babiogórskiego Parku Narodowego, przez Brożki (1240 m n.p.m.), Główniak (1093 m n.p.m.) i Syhlec (1146 m n.p.m.) pędzimy przy coraz niżej wędrującym jesiennym słońcu w kierunku Przełęczy Krowiarki (1012 m n.p.m.).

W kierunku Przełęczy Krowiarki


.
Przełęcz Krowiarki (Lipnicka) wprowadza nas w Babiogórski Park Narodowy, który został utworzony w 1954 r. i obejmuje północną oraz południową część masywu Babiej Góry.  Park ten w 1977 r. został wpisany na listę światowych rezerwatów biosfery UNESCO. Babiogórski obszar jest niezwykle ciekawy pod względem przyrodniczym. Diablak uznany jest za górę modelową jeżeli chodzi o piętrowy układ roślinności, zależny od zmieniającego się klimatu. W reglu dolnym ostała się  jeszcze piętrowa puszcza karpacka, w której można znaleźć wiele bardzo starych drzew. Rosną tu między innymi potężne buki, świerki i jodły. Wyższe piętro stanowią lasy o niższym drzewostanie i bardziej rozrzedzone, głównie świerkowe. Mocniej rysuje się roślinność runa – borówka czarna, mchy, paprocie, widłak jałowcowaty, podbiałek alpejski, storczyk – litera sercowata, a także jaworzyna karpacka (głównie jawory i jarzębiny), która upodobała sobie bardziej strome stoki. Wyżej (od około 1350-1400 m n.p.m.) znajduje się bohaterka naszej wyprawy – kosodrzewina. W jej piętrze spotkamy również jarzębinę, lilię złotogłów, zawilec narcyzowy, goździk okazały i kostrzewę pstrą. Powyżej piętra kosodrzewiny (około 1650 m n.p.m.) wchodzimy w piętro alpejskie, gdzie znajdują się murawy wysokogórskie i o odpowiedniej porze roku napotkać możemy białe kwiaty sasanki i rogownicy alpejskiej. Miejsce to warto chronić również ze względu na wyjątkową faunę, m. in. rysie, niedźwiedzie, wilki, jelenie, borsuka, dzięcioły, głuszce, cietrzewie, myszołowy, siwarki, płochacz halny i puchacze.*

Czas nas goni, a my podchodząc czerwonym szlakiem do góry ślizgamy się po rozmokniętym śniegu, co wymaga od nas dwa razy więcej wysiłku. Docierając na Sokolicę (1367 m n.p.m.) w pięknej krasie i promieniach nisko błądzącego słońca, ukazuje nam się szczyt Babiej Góry (1725 m n.p.m.), a bardziej na północ widok na Pasmo Jałowieckie (ok. 1100-900 m n.p.m.). Diablak prezentuje się majestatycznie, w końcu jest to najwyższy poza Tatrami szczyt w Polsce i o 500 m przewyższa sąsiadujące wzniesienia, a różnica wysokości od podnóża do szczytu to aż ok. 1100 m! Nic więc dziwnego, że panorama ze szczytu jest magiczna (opisywaliśmy ją w poście Listopad zatapia doliny. Beskid Żywiecki.). Ciężko również pozostać obojętnym wobec nazwy tego szczytu. Babia Góra, Diablak, Góra Diabła - to przecież brzmi bardzo tajemniczo! Podobno, patrząc na ten masyw dostrzeżemy siedzącą kobietę, która zastygła w tej pozycji czekając na ukochanego. Ktoś inny powie, że usypała ją olbrzymia baba. Niech się panie nie obrażają, ale w staropolszczyźnie słowo baba oznaczało to, co ciężkie i potężne :P. Czarciego pierwiastka dopatrzyć można się w sabatach, jakie w noc Św. Łucji odprawiają tu czarownice.*

Taras widokowy na Sokolicy oferuje piękny widok na Babią Górę



Po zwietrzałych, ośnieżonych piaskowcach co sił w nogach gnamy w kierunku szczytu, chcemy zdążyć na zachód słońca. Gdzieś pomiędzy Kępą (1521 m n.p.m.), a Wołowymi Skałami (Gówniak, 1617 m n.p.m.) na południu ukazują nam się Tatry, w odcieniach srebrzysto-niebieskich, lekko zaróżowione żegnają dzień. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów do szczytu. Weszliśmy w woal z chmur, pod nogami coraz bardziej niestabilnie, a my zamieramy w zachwycie. Na różowo-niebieskim, spowitym srebrną mgiełką niebie, ponad bielą ośnieżonych skał pojawia się złota kula, która powoli sunie w dół. Nie potrafię wyrazić tego, co czuję, mogę jedynie rozdziawić usta i przecierać oczy. Uruchamiamy cały zapas sił i pędzimy na szczyt. W towarzystwie mroźnego wiatru, lodu i śniegu obserwujemy magiczny spektakl. Aparat wariuje na zimnie i wietrze, ale Mateusz dzielnie walczy z nim w grubych rękawiczkach. Migawka ostro pracuje, by choć w części uwiecznić te cudowne chwile.

Tatry gotowe na sen

Prawdziwy zachwyt...

Magiczne przedstawienie na szczycie


Jedynymi ludźmi, jakich napotkaliśmy, była dwójka Czechów


.
Już czujemy dotyk nocy, trzeba schodzić w kierunku Przełęczy Brona (1408 m n.p.m.) i Markowych Szczawin. Tuż przed piętrem kosodrzewiny pierwszy piruet, potem drugi, trzeci i już każdy krok kończy się wymachiwaniem rąk i tańcem na lodzie. Szlak wiedzie dosyć stromo w dół, więc sytuacja wygląda ryzykownie. Za Diablakiem, na wschodzie, księżyc w pełnej krasie, a na niebie gdzieniegdzie widać gwiazdy. Z czołówkami na głowach walczymy z lodem pod nogami. „Dupozjazdy” wykonujemy tylko krótkimi odcinkami, do pierwszego ostrego kamienia. Co zrobić? Rozbić pupę czy podrzeć spodnie, maty lub plecaki? Z pomocą przychodzi kosodrzewina. Trzymając się iglastych gałęzi, przekładamy ręce jak po linie, jadąc butami po lodzie. Przez większość trasy metoda ta sprawdza się, jednak w najbardziej stromych fragmentach, na dużych skałach nie udaje obejść się bez panicznych piruetów i twardego lądowania. Nie ma wyjścia. Przepraszamy Panią Kosówkę, wchodzimy na brzeżne gałęzie i jak po drabinie schodzimy na dół. Staramy się robić to w miarę możliwości bez szkód dla roślinności, która właśnie ratuje nam cztery litery. Minąwszy Przełęcz Brona kontynuujemy nasze „wyjątkowe” zejście. Gdy kończy się pasmo kosodrzewiny, w bardziej stromych fragmentach, kontynuujemy zejście (a raczej zjazd) na odwróconych czworaka, czyli zwinięta karimata przyczepiona do spodu plecaka, ugięte nogi, a ręce do podpórki… i jazda. Trasę, którą powinniśmy do Markowych Szczawin pokonać w ok. godzinę, robimy w 2,5.

Droga w dół, tuż pod szczytem, jeszcze na stojąco...

Babia Góra mówi  dobranoc


.
Udaje nam się załapać na piętrowe łóżka w wieloosobowej sali. Noc minęła szybko, spaliśmy jak zabici po wrażeniach minionego wieczoru. Dzień zapowiada się pięknie. Po szybkim śniadaniu opuszczamy schronisko i maszerujemy czerwonym szlakiem w kierunku Fickowego Rozstaju. Słońce topi śnieg w niższych partiach lasu, a szlak przecinają potoki, których sporo spływa ze stoków Babiej Góry. Mijamy również Marków Stawek, jeden z wielu charakterystycznych dla zboczy Diablaka, które powstają w miejscach poosuwiskowych.

Schronisko na Markowych Szczawinach

Babiogórska czarownica


.
Na Fickowym Rozstaju odbijamy żółtym szlakiem w kierunku Zawoi, by tam zakończyć górską wędrówkę i złapać busa do Krakowa. Teraz jest nam cieplutko, jesienne słońce oświetla październikowy krajobraz beskidzkiej wsi. Ciągle wspominamy wczorajsze zejście i mamy z siebie niezły ubaw. Do całej sytuacji, mimo wszystko, podchodzimy bardzo humorystycznie.

Beskidzka późna jesień


.
Na zakończenie oddajemy pokłon Pani Pinus mugo Turra, niech rośnie, rośnie nam!

Brawa dla tej pani!!! (foto: Wikipedia)


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

*Autorzy bloga zastrzegają sobie prawo do usuwania komentarzy, które w ich opinii uznane zostaną za wulgarne, obraźliwe i niezgodne z prawdą.